SPES
Komitet Budowy Miejsca Pamięci Dzieci Utraconych
- Tarnów

12.05.2016 r. w Tarnowie zawiązał się „SPES - Komitet Budowy Miejsca Pamięci Dzieci Utraconych”.

Działamy pod auspicjami Wydziału ds. Nowej Ewangelizacji Kurii Diecezjalnej w Tarnowie, którego dyrektorem jest ks. Artur Ważny. Nasz komitet w większości tworzą rodzice, których dzieci zmarły przed urodzeniem.

Świadectwa

W obliczu aniołów pragnę Cie uwielbiać,

w obliczu aniołów chcę Ci psalmy śpiewać;

sławić będę Twoje imię

za Twą wierną miłość do mnie...

(Ps 138, 1-2)

Psalmu tego (tutaj) często słuchałam mając pod sercem jeszcze żywą naszą córeczkę Miriam. Oboje z mężem wierzymy, że słowa te zna na pamięć i że śpiewa je teraz Bogu. A wraz z nią śpiewają je nasze dusze, ściśnięte bólem serca, zapłakane jeszcze oczy...

Na poczęcie naszego dzieciątka czekaliśmy długo i z upragnieniem. Była to pierwsza ciąża w późnym wieku (mam 40 lat), do tego kilka miesięcy wcześniej przeszłam operację ginekologiczną. Nie wiedzieliśmy jak będzie. Nadzieja mieszała się z niepewnością. Gdy w sierpniu bieżącego roku test ciążowy pokazał dwie kreski, radość nasza była ogromna. Od tego momentu śledziliśmy niemal każdy dzień rozwoju naszej córeczki, pokochaliśmy ją i dziękowaliśmy Bogu, że obdarował nas nowym życiem. Jak się później okazało - życiem, które tu na ziemi przedwcześnie się zakończyło. Dlaczego? Nie wiemy. I już nie szukamy odpowiedzi. Życie i śmierć są tajemnicą Boga. Tajemnicą, której nie da się zrozumieć czy wytłumaczyć; ją trzeba po prostu przeżyć. Uczymy się tego, powoli oswajając ból i stratę.

W przeżywaniu owej Bożej tajemnicy, coraz mocniej utwierdzamy się w tym, że jedno krótkie zdanie usłyszane w gabinecie ginekologicznym: Niestety serduszko nie bije, przeniosło nas w inną przestrzeń - w rzeczywistość Nieba. Żyjemy trochę tu, a trochę już Tam. Bo Tam czeka na nas nasza córeczka. To Tam będzie rosła, rozwiała się, dojrzewała. Wierzymy, że kiedyś się z nią spotkamy, weźmiemy w ramiona, utulimy, ucałujemy... Nadrobimy ten utracony czas.

W książce „Niebo istnieje naprawdę” zostało opisane, że dzieci utracone w Niebie rosną. O tym przekonuje też świadectwo lekarza abortera, który nawrócił się, gdy przyśniły mu się usunięte przez niego dzieci (tutaj). Każde z nich miało tyle lat, ile miałoby, gdyby żyło tu na ziemi.

Nasza córeczka jeszcze nie mogłaby sama żyć. Dlatego oczami wiary widzimy ją w łonie Maryi. Ufamy, że tam została przeniesiona z mojego łona. Że Maryja, Matka wszystkich żyjących, donosi nam tę ciąże, urodzi nasze dziecko, wychowa i wszystkiego nauczy. I że jakoś nam ją pokaże. Termin porodu był wyznaczony na przełom kwietnia i maja przyszłego roku. Może wtedy nam się przyśni? Może wtedy zobaczymy jej malutką buźkę, rączki, nóżki...? Czekamy z nadzieją.

W tym oczekiwaniu pomagał i pomaga nam fakt, że dzięki ludziom-aniołom, których Bóg w tym czasie do nas przysyłał, udało się zrobić tak wiele dla naszego dziecka: ocalone zostało całe ciałko malutkiej Miriam (do badań pani doktor, na naszą prośbę, wydzieliła tylko kosmówkę!), dzięki badaniom genetycznym poznaliśmy jej płeć, nadaliśmy imię, zarejestrowaliśmy w Urzędzie Stanu Cywilnego, otrzymaliśmy akt narodzin, i wreszcie – pochowaliśmy. Malutkie ciałko naszej córeczki spoczęło w małym grobie w kwaterze dzieci utraconych na cmentarzu w Mościach. Miejsce to nazywane jest niebiańskim (anielskim) przedszkolem. To w nim zatrudniona jest najlepsza Przedszkolanka na świecie – Maryja. Naszemu dziecku nic już nie zagraża. Jest bezpieczne.

Eucharystia, podczas której żegnaliśmy Miriam, była przepięknym wydarzeniem (choć też dla nas trudnym). To jakby Niebo zostało otworzone i wszyscy święci i aniołowie przybyli na tę uroczystość. Wiemy, że została tam powitana i przyjęta z miłością.

Serca nasze jeszcze płaczą po stracie córeczki, ale dusze już zaczynają się radować. Bo dociera do nas ta niezwykła rzeczywistość, że Bóg wybrał nas na rodziców świętego dziecka (Kościół uznaje świętość dzieci nienarodzonych). Wybrał moje łono, by Miriam miała gdzie mieszkać i rozwijać się przez ten krótki czas jej pobytu na ziemi.

Ona wyprzedziła nas w drodze do wieczności. Teraz wstawia się za nami, byśmy wytrwali w DRODZE...

Za jej wstawiennictwem modlimy się za wszystkich rodziców dzieci utraconych.

Za lekarzy, pielęgniarki i położne, którzy pomagają utraconym dzieciom się narodzić.

Za wszystkie osoby, zaangażowane w tworzenie Komitetu poświęconego pamięci naszych dzieci.

Za tych, którzy nam tak bardzo pomogli: rodzinie, wspólnocie, księdzu prezbiterowi, znajomym, pracownikom laboratorium DNA oraz obsłudze zakładu pogrzebowego. Wszędzie spotykaliśmy się z ogromnym zrozumieniem i wsparciem. Dziękujemy.

 

 

Alicja i Tomasz Obal

wraz z naszą malutką córeczką Miriam

Październik, 2018 rok

 

***

Dusze w Niebie i nasze nienarodzone dziecko

Wczesnym rankiem 22 lipca 2018 roku obudziłem się z niezwykłym snem, czy wizją, w pamięci. Znalazłem się Niebie prowadzony przez mojego Anioła Stróża (tak to interpretuję), który mówił do mnie, a w zasadzie słyszałem jego głos gdzieś wewnątrz swojego umysłu. Oznajmił, że znajduję się w Niebie, a ci ludzie przede mną to dusze, które chciały mi coś przekazać, nawiązać relację. Wskazał na grupkę małych istot. „Oto nienarodzone dzieci” – powiedział. Pomyślałem wtedy o naszym parotygodniowym, nienarodzonym dziecku, które utraciliśmy na początku naszego małżeństwa. Prawie odruchowo zawołałem wtedy: „Grzesiu!”, bo takie imię mu nadaliśmy. Żona była wtedy przekonana, że to był chłopiec. Z grupki dzieci wybiegło do mnie maleństwo. W jednym błysku świadomości zobaczyłem najpierw maleńkie dziecko w czerwonym, niemowlęcym ubranku, które z uśmiechem wyciągnęło rączki, a gdy się zbliżyło do mnie i zarzuciło mi ręce na szyję stało się dużą dziewczynką o blond kręconych włosach i w czerwonej sukience z falbankami. Uśmiechnęła się do mnie znacząco, jakby chciała powiedzieć, że przecież jest dziewczynką, ale wiedziała, że to ją wołałem, że to ona jest moim dzieckiem. Nie wypowiedziała żadnych słów. Poczułem wyraźnie objęcie jej rąk na szyi, ciepło, gdy się przytuliła, a nawet ten szczególnie miły, dziecięcy zapach.

Potem zniknęła. Pozostali ludzie (dusze w Niebie, którzy wyglądali jak ludzie dorośli) zwrócili się wtedy do mnie z prośbą o modlitwę i ofiary w intencji ich bliskich i innych intencjach dotyczących ludzi na Ziemi i chyba w Czyśćcu (tego nie pamiętam dokładnie). Zdziwiło mnie to, bo przecież oni, jako ci, którzy są w Niebie mają przecież bliżej do Pana Boga, to przecież oni nam pomagają. Odpowiedziałem, że przecież wy macie tu bliżej, wasza modlitwa jest mocniejsza, módlcie się za nas. Na te moje słowa z naciskiem odpowiedzieli mi, że dla Boga większą siłę i moc mają ofiary i modlitwy zwykłych prostych, a nawet grzesznych ludzi na Ziemi. Ofiara i modlitwa złożona w czasie życia człowieka ma ogromną moc. Bóg patrzy na nie ze szczególnym upodobaniem, są bardzo skuteczne.

Jak potem myślałem o tym, to zrozumiałem w przebłysku wewnętrznego olśnienia, że właśnie dlatego Bóg stał się człowiekiem i złożył jako człowiek żyjący na Ziemi ofiarę doskonałą. Ofiara Jezusa mogła się zatem dokonać tylko na Ziemi w ciele Człowieka...

Także Matka Boża przychodziła wielokrotnie w objawieniach na Ziemię, prosząc nas śmiertelników (dorosłych, dzieci) na Ziemi o modlitwę i ofiarę. Były one niezbędne dla ratowania grzeszników. Były potrzebne Matce Bożej, aby powstrzymać gniew Boga.

Ale to jest tylko moja interpretacja. Nie usłyszałem tego w wizji.

Najważniejsza jest jednak kwestia potwierdzenia, że to nie był zwykły wydumany sen, ale wizja. Otóż rankiem powiedziałem mojej żonie o tym śnie, a ona stwierdziła, że utraciliśmy nasze dziecko jakoś w lipcu 1998 roku, ale nie pamiętała, kiedy dokładnie. Może raczej na początku, bo byli u nas nasi rodzice z jakiejś okazji (może imienin mojego taty: Władysława jest w drugiej połowie czerwca) i wtedy powiedzieliśmy im, że spodziewamy się naszego pierwszego dziecka. To była radosna nowina. Nie mieliśmy jednak pod ręką żadnych medycznych notatek i dokumentacji. Nie wiedzieliśmy, gdzie sprawdzić daty. W tym samym dniu, a była to niedziela 22 lipca, pojechałem do swojej mamy (tato nie żyje od 2010 roku) w odwiedziny i przypomniałem sobie, że w moim rodzinnym mieszkaniu jest szafa z archiwum mojej starej firmy. Sięgnąłem do tej szafy i od razu rzucił mi się w oczy brązowy notes-kalendarz z 2000 roku. Pomyślałem, że poszukam z poprzednich lat. Najpierw znalazłem notes z zielony z 1999 roku, a potem bardzo zakurzony, notes niebieski z 1998 roku. Zacząłem przeglądać dzień po dniu swoje notatki, zaczynając od czerwca. Wtedy wszystko zaczęło się układać. Na wakacje z żoną wybraliśmy się od 6 do 8 czerwca. To był wspaniały czas nad morzem w Smołdzińskim Lesie. Potem zajęliśmy się na poważnie nabyciem nowego mieszkania z dużym kredytem (mieszkaliśmy w wynajętym i musieliśmy je opuścić). 8 lipca odebraliśmy klucze do nowego mieszkania i 12 lipca przyjechali do nas rodzice, aby je zobaczyć i wtedy opowiedzieliśmy im o dziecku. 22 lipca 1998 roku o godz. 12.00 pojechałem z żoną do szpitala, bo zaczęła krwawić. To wtedy okazało się, że nasze maleństwo niestety umarło. 24 lipca odebrałem ze szpitala wypis i zwolnienie lekarskie dla żony i przywiozłem ją do domu.

Nie było zatem wątpliwości, że nasze nienarodzone siedmio-ośmiotygodniowe dziecko, któremu po tej wizji daliśmy na imię Gabrysia, objęło mnie za szyję dokładnie 20 lat po swojej śmierci w łonie mamy, tęskniło za nami i kocha nas wciąż, czuje się z nami związana. Nie miałem w głowie tych dat, nigdy nie myślałem o tych wydarzeniach datami, 22 lipca nigdy nie kojarzyłem ze śmiercią naszego pierwszego dziecka w łonie żony. Uporaliśmy się ze smutkiem i przeszliśmy do normalnego życia po tym wydarzeniu. 28 czerwca 1999 roku urodził się nasz syn, 27 lipca 2000 roku nasza córka, a 13 kwietnia 2006 roku nasz najmłodszy Staś. Uważam, że to, co zobaczyłem we śnie nie mogło być przypadkiem i że tą wizją, tak ważną dla nas na Ziemi, powinienem się podzielić.

Streściłbym przekaz tego snu w poniższych zdaniach.

– Musimy mieć świadomość jak wielką wartość ma nasza modlitwa i każda składana przez nas ofiara. Ma ona wielką moc i jest potrzebna jako pomoc w działaniach także tych, którzy są w Niebie. Bez naszej ofiary i modlitwy sami nie dają rady.

– Musimy pamiętać, że dziecko już w trakcie poczęcia staje się pełnym człowiekiem z nieśmiertelną duszą i ciałem, które tam w Niebie można dotknąć, które pachnie i jest pełne ludzkiego ciepła. Dzieci, które utraciliśmy przed urodzeniem kochają nas, są kochane przez Boga i spotkamy się z nimi w Niebie. To może są oczywistości, ale ta wizja podkreśla namacalnie te istotne dla nas wierzących prawdy.

Bardzo się cieszę z tego spotkania z Gabrysią. Czuję jej miłość i tęsknotę i będę przez jej niewinne ręce ofiarował swoje modlitwy i ofiary, aby trafiały przed Boga i sprowadzały tak potrzebne nam wszystkim na Ziemi Boże Błogosławieństwo i wsparcie. Także nasze modlitwy za dusze czyśćcowe będę kontynuował ze szczególnym zaangażowaniem, bo przecież nasze ofiary są takie skuteczne. My, tu na Ziemi jesteśmy dla Boga bezcenni, a nasze życie jest niezwykłym, bogatym darem. Mam także świadomość, jak wiele łączy nas z tymi, którzy już są w Niebie i jak żywa to relacja. Pragnę z całego serca kiedyś połączyć się z nimi, żyć w tym Pokoju i Miłości, której doświadczyłem w tym śnie. Jedyną troską Dusz w Niebie jesteśmy my oraz pragnienie, żebyśmy kiedyś się z nimi połączyli. Teraz tu na Ziemie przed nami wiele okazji do czynienia wielkiego Dobra Miłości, która oby zaprowadziła nas do Kochającego Boga. Teraz trzeba robić wszystko, by naszego pięknego daru życia nie zmarnować.

Mirosław Krzyszkowski

Spisane ostatecznie dnia 25 lipca 2018 roku w Krakowie

 

Szkoła nowej ewangelizacji św. Józefa w Tarnowie
ul. Zbylitowska 5, 33-101 Tarnów

PKO BP 10 1020 4955 0000 7602 0207 1637

Z dopiskiem „Dzieci utracone”